Wspomniałem ostatnio o Williamie Whartonie. Bardzo lubiłem (lubię?) jego książki. Wygrzebałem z mrocznych czeluści dwie jego powieści, których jestem szczęśliwym posiadaczem. Jedna to „Tato”, druga „Al”. Przypomnieć je sobie chciałem.
Jakiś czas temu pisałem, że aby zostać na prawdę docenionym artystą, trzeba być… martwym artystą.
Przed chwilką doznałem szoku, gdyż szperając w internetowym śmietniku natknąłem się na informację, że Wharton nie żyje! Zmarł w październiku ubiegłego roku – dokładnie 29 października… Niby nic dziwnego bo był już człowiekiem sędziwym, ale i tak powyższa informacja wprawiła mnie w niemałe osłupienie. Przecież niedawno przypomniałem sobie o nim, jakby przeczuwając…
Tak się złożyło, że pisarz ten był w Polsce wyjątkowo doceniany. Ciekawe jak będzie z tym docenianiem teraz, gdy go nie ma już wśród nas…
„William Wharton, właściwie Albert William du Aime (ur. 7 listopada 1925 w Filadelfii, zm. 29 października 2008 w Encinitas) – amerykański psycholog, malarz i pisarz, laureat National Book Award (1980) za pierwszą powieść Ptasiek.
Tworzył powieści obyczajowo-psychologiczne, których bohaterem jest zawsze alter ego pisarza. Przekazywał w nich filozofię życiową, w której najważniejsze jest głębokie i świadome przeżywanie swego życia, wykorzystywanie posiadanych przez siebie talentów i możliwości, a także kultywowanie wartości rodzinnych. Szczególny jej wyraz można odnaleźć w powieści Tam, gdzie spotykają się wszystkie światy.”
źródło: pl.wikipedia.org
Ciekawe, że do dziś nie wiedziałem o jego odejściu. Gdyby medialny szum podniesiony został z siłą typową dla tego rodzaju okazji, za pewne bym to zauważył. Zdaje się, że jednak śmierć Whartona przeszła bez większego echa… lub zwyczajnie nie zauważyłem notatek w prasie i informacji w innych media.
A może po prostu uznano, że Wharton jednak wielkim pisarzem nie był. I malarzem też nie…
Niech spoczywa w pokoju…