Jimi Hendrix, Janis Joplin, Brian Jones, Jim Morrison i Kurt Cobain – wszyscy oni umarli w wieku 27 lat…
Freddie Mercury, John Lennon, Bon Scott, John Bonham, Elvis Presley, Czesław Niemen, Rysiek Riedel, Marek Grechuta – a oni raczej nie…
Norwid i Mickiewicz też nie żyją…
i Kapuściński też umarł…
i jeszcze Vonnegut… zdarza się (jakby sam to ujął).
Stanisław Jerzy Lec napisał tak:
Pierwszym warunkiem nieśmiertelności jest śmierć.
Cóż… I dosłownie i w przenośni (?).
Aby ktoś zauważył i docenił w Polsce wielkiego człowieka, musi on być… martwy.
Jest więc sobie artysta. Tworzy i jakoś tak wszyscy mają go w dupie.
Nie jest on nigdzie zapraszany, jego dzieła raczej nie osiągają zawrotnych wyników jeśli chodzi o sprzedaż. Wiedzie on swój nędzny żywot… i wreszcie(!) umiera. A wtedy… („spotykają się psychopaci”).
Wtedy wybucha niemalże żałoba narodowa. W mediach nie cichną smutne komentarze i superinteligentne dyskusje na temat Wielkiego (już) Artysty.
Poza tym – co chyba najważniejsze – wszelkiej maści „wydafcy” rzucają na rynek reedycje, kompilacje, etc. dzieł wszystkich martwego autora.
Im bardziej artysta sztywny tym lepiej.
Ogłupiały lud kupuje, konsumuje i podziwia – „bo wielkim wieszczem był”.
Zrzygać się można…
Nasuwa się pytanie: Co powinien zrobić artysta, chcący aby go doceniono?!
Wnioski nasuwają się same.
Zastanawia mnie tylko dlaczego tak się dzieje, tzn. dlaczego trzeba być trupem aby być docenionym?
Być może dlatego, że sam zainteresowany nie będzie już mógł zaprotestować gdy wykorzystają jego dzieła czy wizerunek w nieodpowiedni sposób, lub gdy wykreują go na nowo według odpowiadającego im przepisu…
a może po prostu dlatego, że nie trzeba się już z autorem dzielić zyskami ze sprzedaży?