Tym razem usunięta… - Dlaczego? - Ponieważ.
O godz. 18:00 w sobotę w całym kraju formalnie rozpoczęła się żałoba narodowa, ogłoszona po śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jego małżonki Marii i ponad 90 innych osób, które zginęły w katastrofie samolotowej pod Smoleńskiem. Żałoba narodowa potrwa do piątku 16 kwietnia.
Zgodnie z ustawą o godle barwach narodowych i hymnie Rzeczpospolitej Polskiej żałobę narodową rozporządzeniem wprowadza prezydent.
W obecnej sytuacji, po śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego, zgodnie z konstytucją obowiązki głowy państwa przejął marszałek Sejmu Bronisław Komorowski i to on ogłosił wprowadzenie żałoby.
W czasie żałoby narodowej flagi państwowe na gmachach publicznych zostają opuszczone do połowy masztu i przepasane kirem. Na czas trwania żałoby odwoływane są imprezy masowe, rozrywkowe, koncerty i imprezy sportowe.
W sobotę, jeszcze przed formalnym rozpoczęciem się żałoby narodowej, Polacy w całym kraju spontanicznie czcili pamięć ofiar katastrofy. W wielu miastach tysiące ludzi zapalało znicze i gromadziło się w kościołach, gdzie odbywają się msze w intencji tych, którzy zginęli.
Przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie zgromadziły się tysiące osób, na chodniku palą się znicze składane są kwiaty. Kwiaty i znicze pojawiły się też w Sopocie przed domem, w którym mieszkali Maria i Lech Kaczyński.
W podcieniach Pałacu Prezydenckiego wystawiane zostały księgi kondolencyjne, podobnie dzieje się w ratuszach wielu miast w kraju. W Krakowie bił Dzwon Zygmunta. Z całego świata do Warszawy napływają kondolencje.
źródło: wp.pl
Widziałem ten film zaraz po opublikowaniu w sieci. Teraz mi się przypomniał… Chyba jakikolwiek komentarz z mojej strony jest zbędny.
Film Basia from film2008pl on Vimeo.
Ponad dwa miesiące bez wpisu. Lenistwo? Raczej nie. Nic się nie działo? Chyba też nie. Właściwie to działo się, i to bardzo wiele… Najważniejsze wdarzenie to chyba dość nieoczekiwana zmiana pracodawcy i powrót do pracy – po niemal rocznej przerwie rehabilitacyjnej! Wreszcie! Powrót do pracy po tak długiej przerwie to dość trudna sprawa. Chociażby z powodu zwyczajnego porannego wstawania. Kolejnym powodem może być tzw. powrót „między ludzi”. Do tego ciągłe obawy o pogorszenie się stanu zdrowia etc., etc. Ważne, że udało mi się uwolnić od miejsca, dzięki któremu „mam 5 lat mniej” – z różnych powodów – a związać z miejscem, które zdaje się dawać jakieś perspektywy rozwoju (pod różnymi względami). Może zbyt wcześnie na euforię, ale niewielkie powody do radości chyba już się pojawiły… Zobaczymy co będzie dalej. No i dobrze byłoby, gdyby praca była jedynym źródłem stresu i ewetualnych niepowodzeń, ale niestety tak nie jest. Szkoda, bo czasem ciężko z tym sobie samemu poradzić…
Co jeszcze? Zauważyłem w ostatnim czasie ewoluujące zmiany m.in. w swoich poglądach, ogólnie w spojrzeniu na świat czy nawet miejscach odwiedzanych za pośrednictwem Internetu. Zaczynają mnie… pociagać poglądy, jakie jeszcze nie dawno były mi całkowicie obce, widzę wiele rzeczy inaczej i patrząc z innej perspektywy, inaczej oceniam. Wchodzę na witryny, na które jeszcze rok temu nigdy bym nie wszedł…
Zaskakujące jak choroba czy ogólnie rzecz biorąc cierpienie, potrafią zmienić człowieka… Czasem nie do poznania. Choć może powyższe zmiany to nie tylko kwestia tych stanów. Może człowiek zwyczajnie dojrzewa?
Wczoraj (czy jakoś tak) uruchomiłem Galerię fotografii. Powiedzmy, że na razie w celach testowych. Na początek utworzyłem trzy albumy – dostępne są tutaj (lub poprzez link w menu z lewej strony). Zachęcam do przeglądania, jak i ewentualnego wyrażenia opinii na ten temat.
Jutro już XVII Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. W związku z tym pojawiają się tu i ówdzie wzmianki na ten temat. Otóż w dzisiejszej „Rzeczpospolitej” [nr 8 (82130)], znalazłem informacje na temat „artystów” żądających za występy podczas tegorocznego Finału grubych pieniędzy. Hmm… w ogóle żądających pieniędzy. Jak czytamy we wspomnianym artykule: „Mr. Zoob zażądał 9 tyś. zł,De Mono – 22, a Szymon Wydra zaśpiewał aż 30 tysięcy”. Autor wspomina też o wynagrodzeniu dla „lokalnych” kapel, co jeszcze bardziej mnie dziwi. Oczywiście wielu artystów, zagra również za darmo (lub za zwrot kosztów podróży) i chwała im za to! Oni widocznie zrozumieli o co chodzi w WOŚP a pokazują to rezygnując z wynagrodzenia za występy.
Wróćmy jednak do tych, którzy nie są skłonni do poświęceń.
Gdy o tym przeczytałem, pomyślałem sobie: najzwyklejsze skurwysyństwo!
Co do Wydry przyszła mi osobna myśl, choć może nieco złośliwa: jak łatwo można zapomnieć, że jeszcze niedawno było się zupełnie nikim.
Kilka godzin później widziałem w telewizji Jurka Owsiaka, który przy okazji zapowiedzi Finału odniósł się także do sprawy wynagrodzeń za orkiestrowe występy. Mówił, że w dniu jutrzejszym artyści powinni grać za zwrot kosztów podróży, w przeciwnym razie zespołom kasującym „dziękujemy za granie”. Nic jednak nie przebije dosadnego komentarza Zbyszka Hołdysa, który można przeczytać na stronie Fundacji WOŚP:
„Jeżeli jakiś artysta bierze wynagrodzenie za występ na WOŚP, to jest zdemoralizowanym chujem niewartym podania ręki. Możesz to przekazać Reutersowi jako moje oficjalne stanowisko. Zbyszek Hołdys”
„Jeżeli jakiś artysta bierze wynagrodzenie za występ na WOŚP, to jest zdemoralizowanym chujem niewartym podania ręki. Możesz to przekazać Reutersowi jako moje oficjalne stanowisko.
Zbyszek Hołdys”
Nic dodać, nic ująć.
Niech Orkiestra gra! „Do końca świata i o jeden dzień dłużej!”
Wspomniałem ostatnio o Williamie Whartonie. Bardzo lubiłem (lubię?) jego książki. Wygrzebałem z mrocznych czeluści dwie jego powieści, których jestem szczęśliwym posiadaczem. Jedna to „Tato”, druga „Al”. Przypomnieć je sobie chciałem.
Jakiś czas temu pisałem, że aby zostać na prawdę docenionym artystą, trzeba być… martwym artystą.
Przed chwilką doznałem szoku, gdyż szperając w internetowym śmietniku natknąłem się na informację, że Wharton nie żyje! Zmarł w październiku ubiegłego roku – dokładnie 29 października… Niby nic dziwnego bo był już człowiekiem sędziwym, ale i tak powyższa informacja wprawiła mnie w niemałe osłupienie. Przecież niedawno przypomniałem sobie o nim, jakby przeczuwając…
Tak się złożyło, że pisarz ten był w Polsce wyjątkowo doceniany. Ciekawe jak będzie z tym docenianiem teraz, gdy go nie ma już wśród nas…
„William Wharton, właściwie Albert William du Aime (ur. 7 listopada 1925 w Filadelfii, zm. 29 października 2008 w Encinitas) – amerykański psycholog, malarz i pisarz, laureat National Book Award (1980) za pierwszą powieść Ptasiek. Tworzył powieści obyczajowo-psychologiczne, których bohaterem jest zawsze alter ego pisarza. Przekazywał w nich filozofię życiową, w której najważniejsze jest głębokie i świadome przeżywanie swego życia, wykorzystywanie posiadanych przez siebie talentów i możliwości, a także kultywowanie wartości rodzinnych. Szczególny jej wyraz można odnaleźć w powieści Tam, gdzie spotykają się wszystkie światy.”
„William Wharton, właściwie Albert William du Aime (ur. 7 listopada 1925 w Filadelfii, zm. 29 października 2008 w Encinitas) – amerykański psycholog, malarz i pisarz, laureat National Book Award (1980) za pierwszą powieść Ptasiek.
Tworzył powieści obyczajowo-psychologiczne, których bohaterem jest zawsze alter ego pisarza. Przekazywał w nich filozofię życiową, w której najważniejsze jest głębokie i świadome przeżywanie swego życia, wykorzystywanie posiadanych przez siebie talentów i możliwości, a także kultywowanie wartości rodzinnych. Szczególny jej wyraz można odnaleźć w powieści Tam, gdzie spotykają się wszystkie światy.”
źródło: pl.wikipedia.org
Ciekawe, że do dziś nie wiedziałem o jego odejściu. Gdyby medialny szum podniesiony został z siłą typową dla tego rodzaju okazji, za pewne bym to zauważył. Zdaje się, że jednak śmierć Whartona przeszła bez większego echa… lub zwyczajnie nie zauważyłem notatek w prasie i informacji w innych media.
A może po prostu uznano, że Wharton jednak wielkim pisarzem nie był. I malarzem też nie…
Niech spoczywa w pokoju…
Wróciłem w końcu do Vonneguta. Wspominałem w kwietniu o potrzebie takiego powrotu. Zdarza się. Cóż… W okolicy chyba sierpnia, gdy uczęszczałem na wyprzedaże do miejscowej Biblioteki udało mi się natrafić na kilka ciekawych pozycji i kupić je za horrendalne kwoty typu 1, 2 lub 3PLN! Jakież było moje zdziwienie, gdy odnalazłem tam również powieść Kurta Vonneguta. Na podobnych wyprzedażach pojawiają się raczej książki, które „wyszły z użycia”, mało kto je wypożycza etc.. Tak przynajmniej sądzę.
No i pośród tej sterty leży sobie twardo oprawiona „Rzeźnia numer pięć”. Najpierw nieco mnie to przeraźiło – jeśli wyprzedają takie książki to co zostaje na półkach?! Ale politykę MBP zostawmy na razie w spokoju. Po drugie, kilka osób już miało przede mną tę pozycję w rękach nie kusząc się na nią. Cóż za rażąca nieświadomość – tak mi się wydało.
Dwa dni temu przeczytałem po raz drugi „Rzeźnię”. W „słynnej książce o bombardowaniu Drezna” nie ma na ten temat zbyt wiele. Powieść ta pisana jest jaby krótkimi fragmentami pełnymi różnorakich dygresji. Język jest dość prosty i przejrzysty. „Rzeźnia” jest pełna humoru, niejednokrotnie czarnego. Jest również wątek fantastyczny, który chwilami zdaję się przebijać na pierwszy plan, przeplatając się ze współczesnością bohaterów, przeszłością wojenną czy nawet dzieciństwem, za pomocą swoistych podróży w czasie.
„Rzeźnia numer pięć” jest na prawdę niesamowitą powieścią, która potrafi wzbudzić też wiele refleksji dotyczących sensu (bezsensu) pewnych „ludzkich sparw”. Z czystym sumieniem polecam ją każdemu. Na prawdę warto po nią sięgnąć.
Na pewno muszę poczytać (niektóre przypomnieć sobie) inne powieści Vonneguta. Również są znakomite.
…przypomniał mi się ostatnio Wiliam Wharton. Następny amerykański pisarz. Kiedyś przeczytałem wszystkie jego powieści. Ciekawi mnie jakbym odbierał je teraz, po latach od pierwszej lektury… Muszę się o tym przekonać. Dodam (zastanawiam się nad całkowitym zaprzestaniem używania tego słowa – ze względu na pewną „gwiazdę”, która mi je nie wiedzieć czemu obrzydza), że kiedyś podobały mi się bardzo…
Z innej beczki.
Sylwester. To dzisiaj. Chyba nigdy nie pojmę co to tak na prawdę jest świętowa… Właściwie szkoda sobie strzępić języka. Jakby ktoś był ciekawy co mógłbym dodać, niech zerknie tutaj.
Co tu więcej pisać. Czas na Dukaja „opowieść zimową”. Dobranoc drogie dzieci.
Tradycyjnie: nie zdążyły jeszcze dopalić się znicze po Wszystkich Świętych, a pojawiły się bożonarodzeniowe „akcenty”. Ludzie zaczęli wchodzić w świąteczny nastrój, zaczynając od przejrzenia ulotek z choinkami i „czerwononosymi” pajacami, informującymi co trzeba koniecznie kupić na upragniony prezent i dlaczego tak tanio…
Tradycyjnie: ktoś jeszcze pamięta po co i dlaczego? Problem polega na tym, że właściwie każde święto zostało zamienione w orgiastyczny szał zakupów (no, poza tymi kiedy odgórnie zabroniono otwierać supermarkety).
Tradycyjnie: wszyscy będą szalenie kupować, bezlitośnie żreć, chlać i trawić. Po chucznym świętowaniu wrócą pokornie do swoich stałych (jakże często nielubianych!) zajęć. Święta, święta i po świętach… Rzygnięcie… Tradycyjnie.
Odgrzebałem coś dzisiaj i muszę tu pokazać. Tzw. dowcip. Obawiam się, że nie dla każdego będzie z rozumiały, ale co tam. Ja dzisiaj o mało nie spadłem z krzesła… Uwaga.
Bal maskowy w pracy: - szef przychodzi w masce wilka - sekretarka przychodzi w masce kopciuszka - admin przychodzi w masce 255.255.255.0
Dziękuję.